
Są państwa, od których świat oczekuje więcej. Nie tylko siły, pieniędzy, lotniskowców i baz rozsianych po mapie jak metalowe pinezki. Oczekuje się od nich także powściągliwości, bo im większa potęga, tym większa odpowiedzialność za temperaturę świata.
Rosja Władimira Putina już dawno porzuciła tę logikę. Kiedy zaatakowała Ukrainę, nie chodziło tylko o terytorium, wpływy i imperialny odruch, ale również o demonstrację, że można podpalić porządek międzynarodowy i jeszcze próbować przekonać wszystkich dookoła, że to działanie konieczne. Ta wojna trwa już latami i zdążyła nauczyć świat jednej rzeczy, że ogień nie zostaje tam, gdzie go podłożono.
Dziś podobne poczucie niepokoju budzi polityka Donalda Trumpa wobec Iranu. Nie tylko sam fakt użycia siły, ale sposób, w jaki się to odbywa. Szybko, ostentacyjnie, bez oglądania się na innych, z przekonaniem, że przewaga militarna sama w sobie wystarczy, by uzasadnić każdą decyzję.
Najbardziej uderza jednak coś jeszcze. Przez dekady Stany Zjednoczone pełniły rolę światowego strażaka. Nie tyle wzywanego, ile takiego, który sam decydował, gdzie pojawia się ogień i gdzie należy interweniować. To one wchodziły pierwsze, wyznaczały kierunek działania, brały na siebie ciężar decyzji. Inne państwa mogły się z tym nie zgadzać, ale jednocześnie były częścią tej samej akcji, czyli wspólnej próby opanowania sytuacji.
Bo strażak nigdy nie działa sam. Zawsze jest drużyna. Ktoś podaje wodę, zabezpiecza teren, wchodzi do środka, żeby wyciągnąć ludzi. Bez tego nawet najlepiej wyposażony i wyszkolony strażak nie wystarczy.
Dziś coraz częściej wygląda to inaczej. Jak strażak, który zamiast wody sięga po benzynę. Wciąż ma sprzęt, siłę i potrafi wejść w ogień, ale coraz częściej działa tak, jakby drużyna przestała być potrzebna. To nie jest zmiana jednego dnia, ale proces, który buduje się słowami, decyzjami, gestami.
Kiedy przywódca największego mocarstwa nazywa sojuszników tchórzami, trudno mówić o wspólnym działaniu. To sygnał, że ci, którzy przez lata byli obok, zaczynają być traktowani jak zbędni.
Podobnie brzmią wcześniejsze wypowiedzi o wojnie w Iraku sprowadzające udział innych państw do roli tła. A przecież w tych konfliktach ginęli także żołnierze z Europy, z Polski, z wielu innych krajów. Oni również wchodzili w ogień. Pomijanie tego faktu to nie tylko uproszczenie, ale przede wszystkim podważanie wspólnego wysiłku. Największe mocarstwa nie tracą znaczenia dlatego, że nagle słabną, ale wtedy, gdy przestają być dla innych punktem odniesienia.
Stany Zjednoczone pozostaną potęgą. Nadal będą dysponować środkami, które pozwalają reagować szybciej i mocniej niż ktokolwiek inny. Coś innego zaczyna się jednak zmieniać. Można liczyć się z ich siłą. Można brać pod uwagę ich decyzje. Coraz trudniej jednak ufać, że będą działać razem z innymi, a nie obok nich.
Każda nieprzemyślana wypowiedź, publiczne podważenie sojuszy działa jak iskry. Z osobna niewielkie, razem zmieniają kierunek rozprzestrzeniania się ognia. Nie wywołują od razu pożaru, ale sprawiają, że coraz trudniej go zatrzymać.
Ten ogień nie zostaje gdzieś daleko. Dociera także do zwykłych ludzi w cenie paliwa, które rośnie szybciej niż dochody, w cenie chleba i podstawowych produktów, które reagują na każdy globalny wstrząs. W niepewności, która wchodzi w naszą codzienność, decyzje firm, państw i rodzin.
Ogień polityki bardzo szybko przestaje być ogniem życia codziennego, a staje się ogniem trawiącym całą planetę
To jest dziś najbardziej widoczne. Nie koniec amerykańskiej potęgi, tylko zmiana jej roli. Ze strażaka, który działał w zespole, w strażaka, który coraz częściej działa sam.
Świat po Putinie już wiedział, że można podpalić kontynent i przez lata utrzymywać, że to konieczność. Świat po Trumpie zaczyna rozumieć coś jeszcze, że samotny strażak, nawet najsilniejszy, nie ugasi wszystkiego, a czasem może sprawić, że ogień rozprzestrzeni się jeszcze szybciej.
Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że wielkie państwa też mają swoje lustro i jeśli zbyt długo patrzą wyłącznie na własną siłę, w pewnym momencie przestają zauważać, że wokół nich jest coraz mniej tych, którzy chcą stać obok.
Strażak, który przynosi benzynę, nadal może mówić, że kontroluje sytuację, ale bez drużyny nawet on nie ma nad nią pełnej kontroli, a wtedy ogień zaczyna żyć własnym życiem.



