
David Attenborough kończy wiek, czyli sto lat. Dzisiaj ta liczba brzmi niemal nierealnie, jak błąd w druku. Żyjemy przecież w cyklu newsowym, gdzie informacja z poranka wieczorem jest już tylko cyfrowym szumem. Tu patrzę na człowieka, którego kariera trwa nieprzerwanie od ośmiu dekad. Kiedy zaczynał, na świecie żyli jeszcze Stalin i świeżo koronowana Elżbieta II, a w kosmosie nie było nawet Sputnika. To skala, której nie da się zmierzyć żadnym algorytmem.
Wszystko zaczęło się w latach 30., od uderzenia młotkiem w kawałek wapienia.
Jako siedmiolatek David spędzał dnie w kamieniołomie, szukając czegoś, co większość ludzi mija bez słowa. Kiedy rozłupał jeden ze znalezionych kamieni, zobaczył amonita – idealną, spiralną muszlę sprzed 200 milionów lat. Lśniła tak, jakby ktoś ją przed chwilą wypolerował. Sam po latach wspominał ten moment z pokorą, że był pierwszym człowiekiem, który odczytał tę wiadomość z przeszłości.
Właśnie tam narodził się Attenborough-badacz. Widzę go oczami wyobraźni jako trzynastolatka, który na rowerze przemierza Lake District. Sam uszył torby do tego roweru, by móc w nich wozić skarby ziemi zawinięte w stare gazety. Ta dziecięca fiksacja na tym, co ukryte głębiej, została mu jako kompas, choć początki w dorosłym świecie wcale nie obiecywały sukcesu.
Gdy w 1952 roku trafił do BBC, jedna z szefowych zapisała w notatkach, że David nie nadaje się na wizję, bo ma zbyt duże zęby. Przez lata pracował więc w cieniu jako producent, licząc słowa i korygując cudze książki. To wtedy nauczył się rzetelności, której brakuje dzisiejszym gwiazdom.
W tamtym czasie prowadził też programy takie jak „Zoo Quest”. Dziś budzą one kontrowersje. Attenborough w nienagannym stroju, niemal w białych rękawiczkach, chwytał pytony i rzadkie ptaki, by wysyłać je do londyńskiego ogrodu zoologicznego. Wtedy traktował naturę jak magazyn okazów, nieświadomy jeszcze, jak bardzo jest ona krucha.
Attenborough zmieniał się jednak wraz z technologią i własnym doświadczeniem. Jest człowiekiem mediów, który przeszedł drogę od czarno-białych kamer, przez kolor, HD, aż po wirtualną rzeczywistość. To jemu zawdzięczamy żółte piłki tenisowe. Jako dyrektor BBC2 zauważył, że białe piłki na kolorowym ekranie stają się niewidzialne. Przeforsował więc zmianę ich koloru, by uratować percepcję widza.
Mógł zostać na szczycie korporacji, ale odmówił objęcia funkcji Dyrektora Generalnego BBC. Wybrał powrót do błota. W 1979 roku, w serii „Życie na Ziemi”, jego ekipa pokonała 1,6 miliona kilometrów, by sfilmować prawdę o planecie. Program okazał się fenomenem, który obejrzało 500 milionów ludzi, czyli co ósmy mieszkaniec Ziemi.
To właśnie podczas tej produkcji, w Rwandzie, nastąpił przełom. David miał wygłosić przygotowany tekst o ewolucji kciuka, ale gdy usiadł obok dzikich goryli, odłożył scenariusz i zaczął się z nimi po prostu bawić. To milczenie przed kamerą i autentyczna więź zamiast chłodnego wykładu sprawiły, że przestał być poszukiwaczem okazów, a stał się częścią świata, który opisuje.
W opowieści o Davidzie nie sposób pominąć jego brata, Richarda Attenborough. Ich relacja to fascynujący styk dwóch światów. Richard był aktorem i reżyserem, który jako filmowy miliarder John Hammond otwierał wrota „Parku Jurajskiego”. Podczas gdy on kreował w Hollywood potężną fikcję, David spędzał życie na pokazywaniu gatunków, które naprawdę tracimy. Obaj byli mistrzami opowieści, których losy tragicznie splotły się z naturą w 2004 roku. Gdy Richard stracił córkę i wnuczkę w tsunami, David musiał wraz z nim zmierzyć się z niszczycielską siłą przyrody w samym sercu własnej rodziny.
Wszystkie te doświadczenia doprowadziły go do napisania książki „Życie na naszej planecie. Moja historia, wasza przyszłość”, którą traktuję jako prawdziwą Biblię ekologii. To lektura obowiązkowa, w której David zrzucił maskę uprzejmego obserwatora i stał się świadkiem oskarżenia. Napisał wprost:
W chwili, kiedy to piszę, mam dziewięćdziesiąt cztery lata. Przeżyłem niezwykłe życie. Dopiero teraz to do mnie dociera. Podróżowałem w dzikie miejsca i kręciłem filmy o stworzeniach, które je zamieszkują. Na własne oczy przekonałem się, jaka planeta jest cudowna. Ale byłem też świadkiem tragedii.
To właśnie za tę przemianę cenię go najbardziej. Z rzutkiego prezentera, który zabierał zwierzęta naturze, stał się cichym narratorem potrafiącym wycofać się w cień, by dać wybrzmieć głosowi przyrody. Zrozumiał, że to nie on jest tu najważniejszy, lecz życie, które podgląda. Ta lekcja pokory uświadomiła mu i nam, że nie jesteśmy właścicielami Ziemi, a jedynie jej częścią. Za swoją niezłomną pracę otrzymał w 1985 roku od królowej Elżbiety II tytuł szlachecki.
Dziś Sir David, mimo setki na karku, wciąż zajmuje się odkrywaniem cudów natury, ale robi to bliżej nas. Przekonuje, że nie trzeba jechać na drugi koniec świata, by dostrzec magię przyrody. Wystarczy wyjść za próg własnego domu. Jego najnowsze projekty skupiają się na tym mikroświecie, który nas otacza: sokołach na gmachu parlamentu czy jeleniach w miejskich parkach. Pokazuje nam, że przyroda jest na wyciągnięcie ręki, jeśli tylko nauczymy się patrzeć.
Przyznam, że mu zazdroszczę tej szansy, by dotknąć świata jeszcze dzikiego, gdy na Ziemi żyły tylko dwa miliardy ludzi. Nie zazdroszczę mu jednak ciężaru bycia świadkiem koronnym zagłady natury. Przyrodnik wierzy jednak w poczucie celu i wskazuje drogę nam wszystkim, ośmiu miliardom współmieszkańców tej planety, powtarzając z nadzieją:
Jeśli działając osobno, jesteśmy wystarczająco potężni, aby zdestabilizować naszą planetę, to pracując razem mamy dość mocy, aby ją uratować.
Attenborough udowadnia, że autorytet buduje się rzetelną, cichą obecnością. Sto lat jego życia to dla mnie dowód, że można nie stracić blasku w błękitnych oczach, jeśli nie zapomni się, po co pierwszy raz podniosło się młotek w kamieniołomie.
Jubilat wciąż walczy o to, żebyśmy za kolejne wieki mieli o czym opowiadać dzieciom. Bo naprawianie świata zaczyna się od pokory wobec czasu i wiary, że jeszcze nie jest za późno.



