
Czasem mam wrażenie, że współczesny świat nie tyle przyspieszył, ile rozpadł się na tysiące równoległych bodźców. Wszystkie jednocześnie próbują wyważyć drzwi do naszej głowy.
Powiadomienie.
Wiadomość.
Reklama.
Rolka.
Podcast w tle.
E-mail.
Nowy kryzys, trend, katastrofa. Nowa aplikacja, która ma oszczędzić czas, którego i tak ciągle brakuje.
Wszystko. Wszędzie. Naraz.
To już nie jest tylko tempo życia, ale nowy system operacyjny rzeczywistości. Jeszcze kilkanaście lat temu człowiek kończył pracę i naprawdę z niej wychodził. Wracał do domu, znikał z radaru, był nieosiągalny. Dziś granice rozpuściły się jak cukier w wodzie. Praca wchodzi do łóżka razem ze smartfonem. Internet siedzi przy stole podczas kolacji. Powiadomienia bezwzględnie przerywają rozmowę, zanim drugi człowiek zdąży w ogóle skończyć zdanie.
Najgorsze nie jest nawet tempo, ale że uznaliśmy ten stan za normę.
Cisza stała się podejrzana. Chwila bez zewnętrznego bodźca przypomina awarię systemu. Coraz trudniej po prostu siedzieć i patrzeć przed siebie. Panicznie boimy się, że jeśli na moment zwolnimy, świat odjedzie bez nas.
Dlatego jesteśmy dziś tak cholernie zmęczeni.
Nie pracą, nadmiarem informacji, ale nieustanną obecnością wszystkiego. Tą przymusową gotowością do ciągłego reagowania, polubień, bycia stale na bieżąco. Współczesność coraz rzadziej pozwala nam coś naprawdę przeżyć. Zanim zdążysz przetrawić jedno wydarzenie, algorytm rzuca ci w twarz trzy następne.
Nawet emocje dostały przyspieszenia.
Oburzenie trwa jeden dzień. Zachwyt kilka godzin. Tragiczne wiadomości ze świata mieszają się w jednym strumieniu z memami, reklamą butów i filmikiem z kotem. Algorytmy nie rozróżniają ciężaru gatunkowego. Wszystko staje się tą samą, jednolitą papką, którą bezwiednie przewijamy kciukiem.
Skupienie to nowy towar luksusowy.
Największym luksusem nie jest dziś szybkość ani nieograniczony dostęp do wiedzy. Jest nim możliwość robienia jednej rzeczy bez poczucia, że w tym samym ułamku sekundy omija nas coś ważnego.
To chory paradoks naszych czasów. Mamy na wyciągnięcie ręki mądrość całego świata, a jednocześnie brakuje nam uwagi, by przeczytać i zrozumieć jeden dłuższy artykuł.
Wszystko jest coraz bliżej, ale nas jest w tym coraz mniej.
To nie technologia nas niszczy, tylko nieustanne rozproszenie, które powoli, konsekwentnie amputuje nam zdolność bycia w jednym miejscu. Przy jednej myśli i z jednym człowiekiem.
Za kilka lat największą formą buntu nie będą manifesty ani uliczne protesty. Największym buntem będzie bezkompromisowe wyłączenie powiadomień. Zamknięcie wszystkich kart w przeglądarce. Odejście od ekranu bez poczucia winy i potrzeby tłumaczenia się komukolwiek.
Po prostu usiąść w ciszy i przez chwilę nie być wszędzie naraz.



