
Lubię mówić, że coś robię za darmo. To zdanie ma w sobie lekkość, której nie mają faktury, umowy i przelewy z dopiskiem „wynagrodzenie”. Brzmi trochę jak deklaracja czystości intencji. Robię to, bo chcę, bo wierzę, że to ma sens, bez tabelki w Excelu, czy kalkulacji.
Ostatnio wsparłem medialnie pewną inicjatywę związaną z ochroną środowiska. Kilka dni rozmów o klimacie, odpowiedzialności, zmianie sposobu funkcjonowania. Organizatorem była osoba współpracująca z prywatnym biznesem. Uznałem, że warto dołożyć swój głos. Bez wynagrodzenia, warunków, bez negocjacji.
Informacja o wydarzeniu pojawiła się później w jednej z grup skupiających osoby, które na co dzień wspierają podobne działania. I właśnie tam padło zdanie: świetna inicjatywa, ale ja nie pracuję pro bono dla komercyjnych podmiotów.
Nie poczułem się zaatakowany, bardziej zaskoczony. A potem lekko uwierający dyskomfort. To zdanie zostało ze mną dłużej, niż się spodziewałem.
Przez chwilę miałem ochotę wytłumaczyć, że świat nie jest tak prosty, że czyste intencje rzadko funkcjonują w próżni, że nawet najbardziej ideowy projekt operuje jakąś formą wymiany. Zamiast tego zatrzymałem się, pomyślałem, że może dobrze, że coś mnie uwiera.
Bo może to nie jest pytanie o to, kto komu płaci. Może to pytanie o to, w jakiej walucie się rozliczamy.
Czy rzeczywiście robię coś dla idei, czy dla poczucia bycia po właściwej stronie? Czy wspieram inicjatywę dlatego, że wierzę w jej sens, czy dlatego, że chcę widzieć siebie jako kogoś, kto wspiera słuszne sprawy?
Kiedy mówimy „za darmo”, często myślimy tylko o braku przelewu. A przecież zawsze jest czas. Czas, którego nie da się odzyskać. Jest uwaga, nazwisko, przestrzeń, którą poświęcamy czemuś, a tym samym odbieramy ją czemuś innemu.
Nawet organizacje działające w formule non profit operują budżetami, grantami, projektami. Budują kompetencje, relacje, markę. To nie zarzut, tylko rzeczywistość. Środki pozwalają działać i skalować wpływ. W tym sensie trudno mówić o absolutnej próżni interesu.
Wspierając jakąś inicjatywę, nawet jeśli nie zarabiamy ani złotówki, budujemy też swoją historię. Uczymy się, poznajemy ludzi, umacniamy swoją pozycję w określonym środowisku. Zyskujemy doświadczenie albo poczucie sensu. To też jest forma profitu, tylko trudniejsza do wpisania w tabelkę.
Zrozumiałem, że kiedy mówię „robię to za darmo”, tak naprawdę mówię coś innego. Mówię, że wybieram inną walutę. Zamiast pieniędzy przyjmuję relację, doświadczenie, sens, czasem wizerunek. I to wcale nie musi być wstydliwe, dopóki nie udaję, że nie ma w tym żadnej korzyści.
Świat rzadko jest czarno-biały. Częściej jest szary, z miejscami, które próbują się rozjaśnić.
Być może problem nie polega na tym, czy coś jest komercyjne, ale czy jest uczciwe. Czy za deklaracją stoją realne działania. Czy ktoś rzeczywiście zmienia sposób funkcjonowania, czy tylko zmienia hasło w prezentacji.
Dla mnie „za darmo” przestało oznaczać brak zysku. Zaczęło oznaczać świadomy wybór, w jakiej walucie ten zysk przyjmuję i czy jestem gotów uczciwie przyznać, że on istnieje.
Bo może bezinteresowność nie polega na braku korzyści, ale na tym, by korzyść nie była jedynym powodem działania.



