
W albumie rodzinnym jest takie zdjęcie: stoi mały ja, włosy jak po spotkaniu z wiatrem halnym, mina dumna, a na sobie flanelowa koszula w kratę, która wygląda, jakby została wycięta z zasłony u babci. Obok, granatowy mundurek z podstawówki, krojony tak, jakby projektował go ktoś, kto nigdy nie widział dziecka na oczy.
Za każdym razem, kiedy na to zdjęcie patrzę, pierwsza myśl jest ta sama: Naprawdę ja w tym chodziłem? Naprawdę ja tak wyglądałem?
Moda z lat 90. nie styl, tylko konieczność
W tamtych czasach nikt nie mówił o trendach. Nie było influencerów, Pinterestów, kamer telefonów, algorytmów, które podpowiadałyby, jak wyglądać spoko. Było to, co było.
Sklepy, w których połowa rzeczy trąciła naftaliną, a druga połowa sprowadzana była z jakiegoś magicznego miejsca zwanego „Pewexem” albo ciuchami zza granicy.
Flanelowa koszula? To było coś na styku: część garderoby, część narzuty, część tożsamości.
Mundurek szkolny? To nie był wybór, to był obowiązek. Granatowe, sztywne, identyczne, jakbyśmy wszyscy należeli do jednego wielkiego klubu „Ucznia na Zawołanie”. Kolorowe T-shirty dopiero nadchodziły jak pierwszy powiew kapitalistycznego wiatru.
To była najbardziej szara i najbardziej kolorowa epoka jednocześnie
Szara, bo wtedy naprawdę było szaro. Kolor pojawiał się na podwórku rękami dzieciaków, które robiły hulajnogi z desek.
Kolorowa, bo każdy nowy ciuch, każdy pierwszy „Adidas z bazarku”, każdy T-shirt z nadrukiem, który po trzech praniach wyglądał jak impresjonizm, był jak zwiastun Zachodu.
Dziś patrzymy na te zdjęcia z niedowierzaniem. Jakby ktoś zrobił reboot naszego dzieciństwa w jakości VHS i ubrał nas w filtry, o które nikt nie prosił.
Dlaczego to wciąż wzrusza?
Bo te koszule, mundurki i drapiące swetry, to było nasze wejście w świat. Bez „stylówek dnia”, bez patrzenia na to, jak wypadnie to na kamerze.
Ładnie czy brzydko, to już nieważne. To był strój, w którym uczyliśmy się życia. Pierwszej przyjaźni, pierwszej bójki, pierwszej dwói z matmy, pierwszego zakochania.
Kiedy dziś oglądam te zdjęcia, z ich całym tym uroczym brakiem gustu, nagle to wszystko wraca: zapach wypastowanej w-f-owej sali, śmiech kolegów z klasy, smak gum Turbo.
Moda się zmienia. Nostalgia nie.
Może o to chodzi, że te śmieszne, trochę kanciaste, trochę nieudane ubrania z lat 90. były bardziej nasze niż cokolwiek, co kupujemy dziś. Bo były częścią świata, który dopiero się otwierał.
Nawet jeśli dziś patrzymy na to z uśmiechem, to jest w tym coś pięknego: człowiek nie wiedział, że wygląda śmiesznie, bo nikt jeszcze nie uczył go, że ma jakoś wyglądać.



