
Stoję w aptece, miejscu, w którym zdrowie przestaje być abstrakcją, a zaczyna mieć cenę, termin ważności i numer w kolejce. Przede mną stoi starsza kobieta. Czeka spokojnie, bez pośpiechu, jakby już dawno nauczyła się, że świat nie przyspieszy tylko dlatego, że ona by tego chciała. Jej ciało porusza się w innym tempie niż reszta kolejki, wolniejszym i bardziej upartym, jakby nie do końca dawało się już przekonać do współpracy.
Farmaceutka przesuwa kolejne pudełka leków. To nie jest rozmowa o zdrowiu ani o leczeniu, raczej realizacja zamówienia, które wszyscy znają na pamięć. Nikt nie pyta dlaczego, wszyscy wiedzą jak. Na wyświetlaczu pojawia się wysoka kwota. Kobieta płaci bez słowa, bo to stałe, przewidywalne działanie, wpisane w comiesięczny rytm, z którym się nie negocjuje.
Stoi ciężko, oparta bardziej na przyzwyczajeniu niż na własnych nogach. Klapki są dla niej najprostszym wyborem, bo nie wymagają schylania się ani dodatkowego wysiłku. Stopy niosą ślady lat, a skóra opowiada historię czasu zapisaną powoli, warstwa po warstwie, tak jak zapisuje się wszystko, co trwa długo.
Wtedy pojawia się ta myśl, krótka i niewygodna: jak bardzo musiało się jej nie udać. Przychodzi szybko, bo system nauczył mnie oceniania z wyglądu, z tego, co widać na pierwszy rzut oka. Patrzę na efekt końcowy, nie mając dostępu do procesu, a procesu zwykle nie widać.
Nie widać lat pracy ani odkładanych wizyt u lekarza, przesuwanych na później, bo zawsze były ważniejsze sprawy. Nie widać momentów, w których ciało zaczynało wysyłać sygnały zmęczenia. Nie widać systemu, który reaguje dopiero wtedy, gdy nie da się już udawać, że wszystko jest w porządku.
Widzimy skutki, bo system właśnie je pokazuje, a dużo rzadziej drogę, która do nich prowadzi.
Ona też była kiedyś młoda, sprawna, samodzielna i potrzebna, bo system lubi ludzi potrzebnych, takich, którzy pracują, nie chorują i nie wypadają z rytmu. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś przestaje mieścić się w tabelach użyteczności i staje się coraz mniej widoczny.
Starość nie zaczyna się w momencie, gdy pojawiają się pierwsze ograniczenia. Zaczyna się znacznie wcześniej, gdy człowiek powoli znika z obiegu, z rynku pracy, z uwagi, z rozmowy, gdy przestaje być traktowany jak inwestycja, a zaczyna być postrzegany jak koszt.
System nie jest okrutny, ale obojętny, a obojętność boli dłużej niż brutalność, bo nie zostawia miejsca na bunt, tylko na ciche pogodzenie się z losem.
Leki, które dziś kupuje ta kobieta, nie cofają czasu. Pozwalają jedynie funkcjonować w rzeczywistości, która dawno przestała być projektowana z myślą o niej. Regulują, stabilizują, podtrzymują, nie pytając, jak długa była droga do tego miejsca.
Mówi się czasem, że Bogu starość się nie udała, jakby to była kwestia złych wyborów albo braku zapobiegliwości, jakby wszyscy startowali z tego samego miejsca. A przecież wiemy, że tak nie było.
Ta kobieta nie jest wyjątkiem. Jest logicznym skutkiem systemu, który lepiej radzi sobie z leczeniem niż z zapobieganiem, który szybciej reaguje na kryzys niż na ciche pogarszanie się życia, który widzi pacjenta, ale rzadko widzi człowieka.
Kiedy stoimy dziś za nią w kolejce, łatwo pomyśleć, że to jej historia. Trudniej przyjąć, że to również możliwa wersja naszej przyszłości, jeśli nic się nie zmieni.
Bo starość nie jest porażką jednostki, ale testem systemu.
Właśnie wtedy przychodzą święta. Miasta się rozświetlają, reklamy mówią o bliskości i stołach pełnych ludzi, a dla wielu takich osób jak ta kobieta z apteki święta są po prostu ciszą, czasem bardzo głośną w swojej pustce. Dzieci są daleko, zdrowie nie zawsze pozwala ruszyć się z miejsca, a ciało nie nadąża już za kalendarzem.
Na szczęście nie zawsze jest tylko samotność. Czasem ktoś zaprosi, sąsiad zostawi talerz barszczu, wolontariusz przyjdzie z paczką i zostanie chwilę dłużej, niż musi. Są inicjatywy, które przypominają, że za liczbami stoją konkretne twarze i że solidarność nie jest hasłem, tylko działaniem.
System w święta się nie naprawia. Recepty nie tanieją, problemy nie znikają, ale ludzie potrafią być lepsi niż system, choćby na moment, choćby raz w roku.
Może właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Nie o idealną starość i nie o świat bez kruchości, tylko o to, żeby ktoś, kto stoi w aptece przed nami, nie był sam także wtedy, gdy zapalą się pierwsze światełka na choince.



