
Jadę samochodem, radio gra gdzieś w tle. Jednym uchem łapię strzępy wiadomości, drugim gonię własne myśli, gdy nagle z głośników dobiega głos, który całkowicie wybija mnie z rytmu. „Pytacie o zmiany klimatyczne, ale my kule w ogóle tego nie zauważyłyśmy” – mówi głos, po czym następuje puenta, że kule przecież padały, padają i będą padać.
Proste? Tak. Chwytliwe? Owszem. Dobrze skrojone marketingowo? Bez wątpienia. Jednak pod tą warstwą sprytnego copywritingu kryje się coś, co budzi we mnie wyraźny sprzeciw. To dla mnie coś więcej niż niewinna gra słów, bo odbieram to jako sposób myślenia, który próbuje przykryć trudny temat lekkim hasłem. W tej krótkiej radiowej reklamie zmiany klimatu zostają odsunięte na bok z łatwością, która wydaje mi się niepokojąca. Brzmi to tak, jakby były tylko kolejnym tematem, który tak naprawdę nikogo nie dotyczy. Jakby można je było zamknąć w jednym zdaniu i zamienić w żart.
Tyle że dla mnie i dla coraz większej liczby osób, to już dawno przestało być śmieszne. Zmiany klimatu nie są przecież odległą opowieścią z raportów naukowych. Widać je w falach upałów, które wyczerpują organizm i przeciążają system ochrony zdrowia. W suszach niszczących rolnictwo i w nawalnych deszczach, które w godzinę potrafią zamienić ulice w potoki. W rosnących kosztach życia i w niepewności, która coraz częściej pojawia się w codziennych planach na przyszłość.
To także stan psychiczny, który zyskał już swoją nazwę jako lęk klimatyczny. Poczucie bezradności i zmęczenia tematem, który zamiast znikać, staje się z każdym rokiem bardziej obecny.
Właśnie w takim kontekście słyszę nagle radosne zapewnienie, że my kule tego nie zauważyłyśmy. To zdanie przestaje być dla mnie neutralne w chwili, gdy realny problem zostaje sprowadzony do poziomu rynny losującej plastikowe kulki. Widzę w tym mechanizm upraszczania czegoś złożonego i trudnego do formy, którą łatwo sprzedać i jeszcze łatwiej zapamiętać.
Najbardziej uderza mnie to, że nie wygląda to na przypadek, ale raczej na świadomie dobrany zabieg komunikacyjny. Sprawia to wrażenie, że kryzys klimatyczny może być traktowany jako tło, punkt zaczepienia, który zwiększa zapamiętywalność komunikatu.
Słowa o tym, że kule padały i będą padać, mają dawać poczucie stabilności i niezmienności świata. Rzeczywistość działa jednak dziś inaczej. Kiedy zjawiska oznaczające dla jednych utratę dorobku życia lub zagrożenie zdrowia stają się elementem gry i dowcipu, zaczynam odczuwać coś więcej niż tylko estetyczny zgrzyt. To moment, w którym zaczynam się zastanawiać, gdzie przebiega granica. Czy wszystko można opakować w żart? Czy są jeszcze tematy, które wymagają od nas większej uważności?
W sterylnym świecie kulek Lotto zmiany klimatu mogą nie istnieć. W naszym świecie pozostają rzeczywistością, której nie da się ani przegłosować, ani tym bardziej wylosować.



