
Otwieram raport, który zniknął ze strony, ale wrócił do obiegu bocznymi drzwiami, bo w internecie naprawdę niewiele ginie. Plik jest pobrany, okładka wygląda poważnie, tytuł też: „Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA marki Polska”.
Na pierwszych stronach dokument próbuje ustawić czytelnika w trybie zaufania. Są logotypy, nazwiska, zespół, metodologia. Są też liczby, które brzmią jak zapowiedź solidnej pracy: 24 wywiady pogłębione, 35 grup fokusowych, 7 warsztatów Design Thinking, ponad 180 godzin nagrań, około 400 stron transkrypcji i 59 respondentów.
To nie są liczby z komentarza ani internetowych domysłów. Takie konkrety deklaruje sam dokument, który ściągnąłem z internetu, bo – jak widać – w internecie naprawdę niewiele ginie.
Patrzę na te liczby i próbuję zobaczyć za nimi ludzi. Rozmowy przy stole, nagrania i notatki. Kogoś, kto wraca do cytatów, porządkuje wypowiedzi, szuka powtarzających się motywów i odróżnia pojedynczą emocję od czegoś, co naprawdę wraca w badaniu. Jeśli za raportem stoi tyle materiału, to nie jest już pusty plik, który można szybko przepuścić przez model i doprawić kilkoma wielkimi słowami. To jest czyjś czas, uwaga i zdania, które miały zostać potraktowane serio.
Kilka stron później zaczynają się rzeczy, przy których trudno nie przystanąć. Katowice trafiają do „północnego centrum” Polski, chociaż mapa ma na ten temat inne zdanie. Wrocław zostaje przesunięty na „północny zachód”. Dalej pojawiają się zdania z angielskimi wtrętami i kalkami, jak „głębokie zakorzenienie w historii sufferingu”. Młode pokolenie Polaków ma być „95% angielski fluent”, czyli według raportu niemal masowo płynne po angielsku, a polska kuchnia zostaje opisana przez „tradycyjną chlebowość”, jakby ktoś próbował w locie ulepić pojęcie z okruchów polszczyzny i angielskiego promptu.
Najpierw człowiek się śmieje. Trudno inaczej, bo „chlebowość” brzmi jak słowo, które uciekło z roboczej notatki i nie zdążyło się zawstydzić. „Suffering” w środku polskiego zdania wygląda jak ślad po narzędziu, którego nikt nie doczyścił. Katowice przeniesione na mapie same proszą się o zrzut ekranu. To już nie są tylko literówki. To są miejsca, w których dokument zaczyna pokazywać własne szwy.
Po chwili pojawia się jednak pytanie, którego nie da się przykryć ironią: gdzie w tym wszystkim widać pracę deklarowaną na początku? Gdzie rozmowa przechodzi w wniosek, cytat w interpretację, a warsztat w coś więcej niż zestaw dużych słów? Nie twierdzę, że tych danych nie ma. Nie widzę tylko, gdzie one naprawdę pracują w końcowym dokumencie.
Właśnie dlatego nie interesuje mnie najprostszy internetowy skrót: AI zrobiło raport za 200 tysięcy. Brzmi dobrze, klika się samo i od razu ustawia sprawę pod szybki komentarz. Ten skrót za łatwo jednak zwalnia z myślenia o czymś ważniejszym.
Sam korzystam z AI, ale nie zaczynam od pustego okna i prośby w stylu: napisz mi coś mądrego. Najpierw musi być temat, pytanie albo problem, który mnie zatrzymuje. Potem przychodzą źródła – własne notatki, raporty, książki, artykuły, rozmowy, doświadczenia z pracy, czasem fragmenty wywiadów.
Dopiero z takim materiałem można sensownie usiąść do pisania, a AI bywa wtedy pomocne. Porządkuje wątki, sprawdza warianty, przyspiesza redakcję, pokazuje dziury w rozumowaniu, wyłapuje powtórzenia. Nie powinno jednak zastępować bazy wiedzy, dopisywać źródeł, których nie ma, ani tworzyć pewnego tonu tam, gdzie brakuje sprawdzenia.
Znam też pokusę drugiej strony. Na ekranie pojawia się coś, co wygląda jak gotowy tekst. Ma akapity, tytuły i płynne przejścia. Właśnie wtedy trzeba przeczytać, sprawdzić, pociąć, czasem wyrzucić połowę, a bywa, że wrócić do pierwszego zdania, bo tekst niby stoi, ale w środku nadal nie ma człowieka.
Ta pokusa nie dotyczy tylko tego raportu. W dyskusji wokół sprawy często wracało tłumaczenie, że z AI korzystają dziś właściwie wszyscy. Trudno się z tym spierać, bo samo korzystanie z narzędzia nie jest problemem.
Problem zaczyna się wtedy, gdy wygenerowany tekst wygląda na gotowy, więc ktoś przestaje go traktować jak szkic. Ma tytuły, akapity, pewny ton, kilka dużych słów i pozór porządku. Sprawia wrażenie, jakby praca została już wykonana.
Tymczasem właśnie wtedy trzeba zapytać, na czym ten tekst stoi. Czy ma źródła. Czy wnioski wynikają z materiału. Czy zdania znaczą to, co mają znaczyć. Czy pod spodem jest wiedza, czy tylko dobrze ułożona powierzchnia.
Przy raporcie o marce Polski to pytanie wraca, bo dokument sam deklaruje szeroką bazę wiedzy: wywiady, grupy fokusowe, warsztaty, nagrania, transkrypcje. Skoro ona była, chciałbym zobaczyć, jak pracuje w tekście. Gdzie konkretna wypowiedź prowadzi do wniosku. Gdzie dane pilnują generatora AI, zamiast pozwalać mu produkować pewny ton.
Kiedyś pisałem o różnicy między jakością a jakoś. O jednej literze, która potrafi zmienić całe podejście do pracy. Jakość zaczyna się wtedy, gdy po wygenerowaniu ktoś jeszcze siada nad plikiem jak nad własnym nazwiskiem. Jakoś wystarcza, że dokument ma okładkę, metodologię, przypisy i wygląda na gotowy. Sztuczna inteligencja dobrze tę różnicę maskuje.
Dawniej prowizorkę łatwiej było rozpoznać po szwach. Po krzywym składzie, niezgrabnym języku, pustych miejscach, pośpiechu widocznym od pierwszego akapitu. Dziś bylejakość potrafi dostać dobrą okładkę, język strategii, elegancki tytuł i bibliografię na końcu. Przez kilka sekund wygląda jak praca. Czytanie pokazuje, czy pod spodem ktoś rzeczywiście myślał.
W raporcie o marce Polski ta różnica boli tym bardziej, że temat sam prosił się o ostrożność. Mówimy o języku, którym kraj próbuje opowiedzieć o sobie. O wizerunku, tożsamości, ambicjach, kompleksach, aspiracjach. W takim dokumencie każde niechlujne zdanie pracuje przeciwko własnej tezie. Jeśli raport chce przekonywać, że Polska potrzebuje poważniejszej opowieści o sobie, a sam gubi geografię, język i przypisy, trudno o bardziej przewrotny komentarz.
Wokół sprawy szybko wylała się fala komentarzy, złośliwości, politycznych reakcji i screenów. Barbara Mróz-Gorgoń podała się do dymisji, pisząc o skali hejtu, która na nią spadła. Nie chcę udawać, że to jest nieważne. Internet w takich momentach potrafi zachowywać się jak komisja śledcza, kabaret i szkolny korytarz naraz. Człowiek znika, zostaje twarz do obrzucania.
Można współczuć osobie, na którą spada taka fala i równocześnie pytać, jak dokument o takim tytule zaczął publicznie żyć w tej formie.
Tłumaczenie, że to była wersja robocza, też nie zamyka sprawy. Robocze wersje istnieją po to, żeby nie wychodziły za wcześnie. Leżą w folderach, krążą między ludźmi, mają komentarze na marginesach, dziury, skróty myślowe i zdania do wyrzucenia. Każdy, kto pisze i publikuje, zna ten etap. Sam mam teksty, które wyglądały na gotowe, dopóki nie przeczytałem ich następnego dnia.
Roboczość bywa normalna, ale z okładką zaczyna udawać finalność.
Kwota 200 tysięcy złotych jest w tej historii najłatwiejszym paliwem dla emocji. Media pytały, czy za tyle powstała broszura przygotowana przy pomocy AI. Ministerstwo odpowiadało, że sam raport nie był przedmiotem zamówienia ani częścią rozliczenia, a projekt obejmował szerszy zakres prac. To ważne zastrzeżenie, bo prosty napis na transparencie rzadko mieści całą historię.
Zostaje pytanie mniej widowiskowe, za to uczciwe. Za 200 tysięcy, za dwa tysiące, za sto złotych i za darmo tekst po AI nadal trzeba przeczytać. Zwłaszcza jeśli ma być opracowaniem, raportem albo punktem wyjścia do ważnych decyzji. Cena zmienia skalę oczekiwań, ale nie zmienia podstawowego obowiązku, że ktoś musi wziąć odpowiedzialność za ostatnią wersję.
Najgorsze w takich dokumentach nie jest nawet to, że przez kilka dni śmieje się z nich internet. Śmiech przychodzi szybko i szybko szuka kolejnego obiektu. Bardziej niepokoi mnie to, co zostaje później. Plik krąży, ktoś go pobiera, streszcza, cytuje w prezentacji, używa jako przykładu albo wrzuca do notatki. Fragmenty trafiają do kolejnych opracowań, baz, streszczeń, modeli językowych.
Za jakiś czas jakaś odpowiedź, podana spokojnym i pewnym tonem, może zacząć tłumaczyć „chlebowość” jako element polskiej tożsamości.
To jest dla mnie bliskie temu, co Cory Doctorow nazwał enshittification, a co po polsku bywa tłumaczone jako gównowacenie internetu. Doctorow, kanadyjsko-brytyjski pisarz science fiction, publicysta technologiczny i autor serwisu Pluralistic, opisał tym słowem proces, w którym platformy cyfrowe stopniowo psują własne usługi: najpierw przyciągają użytkowników, potem coraz mocniej służą klientom biznesowym, a na końcu wyciskają wartość z obu stron.
W tym tekście interesuje mnie pokrewny mechanizm, tylko dotyczący obiegu wiedzy. Nie wielka awaria, po której wszyscy widzą dym. Raczej powolne wpuszczanie do internetu treści, które wyglądają jak wiedza, chociaż nikt nie dopilnował ich jakości. Zamiast źródeł mamy powierzchnię, zamiast sprawdzenia płynne zdania, zamiast pracy dokument, który wygląda, jakby praca została wykonana.
Później ta niby-wiedza mieli się, streszcza, cytuje i wraca do nas w kolejnych wersjach. Już bez śmiesznego screena, kontekstu, pamięci o aferze. Jako coś, co gdzieś było.
Pytanie o AI jest więc za małe. Prawdziwe pytanie dotyczy momentu, w którym człowiek odsunął rękę od tekstu za wcześnie. Nie sprawdził mapy, nie zatrzymał się przy angielskim słowie w środku polskiego zdania. Nie zapytał, czy efektowne rozpoznanie ma pokrycie w danych. Nie uznał, że skoro na początku raportu zapisano godziny nagrań i setki stron transkrypcji, to na końcu powinno być widać coś więcej niż ton generatora.
Nie wiem, co dokładnie stało się z deklarowaną bazą badawczą. Czy była solidna, ale źle opracowana? Czy została tylko częściowo wykorzystana? Czy może sama dokumentacja badań wymagałaby równie uważnego sprawdzenia jak końcowy raport? Tego z samego PDF-u nie da się uczciwie rozstrzygnąć.
Jedno da się natomiast powiedzieć uczciwie. Jeśli źródła istnieją, powinny być widoczne w pracy tekstu. Jeśli ich nie widać, raport zaczyna prosić o pytania, których nie przykryje żadna elegancka okładka.
AI może pomóc szybciej dojść do szkicu, uporządkować materiał, podsunąć strukturę, znaleźć wariant, wyciągnąć powtarzające się wątki. W dobrej pracy jest narzędziem, nie alibi. Nie powinno jednak pomagać rezygnować z myślenia.
Po zamknięciu tego pliku nie zostaje mi w głowie ani sama kwota, ani polityczna awantura, ani nawet „chlebowość”, choć trudno będzie ją odzobaczyć. Zostaje prostsze pytanie. Kto przeczytał to po AI?
Źródła:
Raport o Marce Polska zniknął ze strony think tanku. Publikujemy go na Zero.pl
https://zero.pl/news/polakow-portret-wlasny-raport-z-badan-dna-marki-polska-publikujemy-calosc-dokumentu-pobierz-go-na-zero-pl
Raport „Polaków portret własny”. PiS chce błyskawicznej dymisji Barbary Mróz-Gorgoń
https://www.rp.pl/polityka/art45035951-raport-polakow-portret-wlasny-pis-chce-blyskawicznej-dymisji-barbary-mroz-gorgon
Katowice w „północnym centrum Polski”. Burza wokół raportu pełnomocniczki rządu
https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-katowice-w-polnocnym-centrum-polski-burza-wokol-raportu-peln,nIdn,1014520
Poprosiliśmy językoznawcę, aby przetłumaczył raport o Polsce na język polski. Nie udało się
https://wiadomosci.wp.pl/poprosilismy-jezykoznawce-aby-przetlumaczyl-raport-o-polsce-na-jezyk-polski-nie-udalo-sie-7320814268741760a
Kto wymyślił „tradycyjną chlebowość”? Tak powstawał tragikomiczny raport pełnomocniczki rządu
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/kto-wymyslil-chlebowosc-tak-powstawal-tragikomiczny-raport-pelnomocniczki-donalda/40e6hbd
The ‘Enshittification’ of TikTok
https://www.wired.com/story/tiktok-platforms-cory-doctorow/
Cory Doctorow – The Author Enshittification
https://www.enshittified.com/cory-doctorow


