Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto

Waga na czarnym tle przechylona na jedną stronę, z wyraźnie większym ciężarem po jednej szali – napis „Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”, symbol pozornej korzyści i moralnej nierównowagi, która kryje się za nieuczciwym wyborem.
@ lepszyblog.pl

Są zdania, które człowiek nosi w sobie jak drobny i cenny przedmiot w kieszeni. Niby mały, prosty, a kiedy wsadzisz rękę i go dotkniesz, od razu wiesz, co to jest, gdzie jesteś i po co idziesz.

Władysław Bartoszewski powtarzał myśl, która krąży dziś w wielu wariantach, ale sens ma ten sam:

Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto.

Na pierwszy rzut oka brzmi jak nośne hasło. Dopiero gdy przypomnisz sobie, kim on był i w jakich warunkach żył, nabiera ciężaru.

Miał 18 lat, gdy Niemcy zatrzymali go w warszawskiej obławie i wywieźli do Auschwitz. Trafił tam we wrześniu 1940 roku. Został więźniem o numerze 4427. W tym numerze zawiera się cały system przemocy: nazizm w wersji przemysłowej, obóz koncentracyjny, w którym człowiek przestawał być człowiekiem, a stawał się numerem. W obozie spędził 199 dni i nawet jeśli do dziś nie da się jednym zdaniem opisać, komu zawdzięczał zwolnienie, jedno jest pewne: z takiej lekcji nie wraca się jak dawniej.

A jednak jego życie nie poszło w stronę ciszy.

Po obozie wszedł w konspirację. Był związany z Polskim Państwem Podziemnym, Armią Krajową i Żegotą. Uczestniczył w Powstaniu Warszawskim. Można by to opowiedzieć jako historię heroizmu, ale tu ważniejsze jest coś innego. On nie uznał, że skoro ocalał, ma prawo wycofać się z odpowiedzialności. Wybrał drogę, na której uczciwość nie jest hasłem, lecz praktyką, często wbrew rachunkowi zysków.

Po wojnie nie dostał w nagrodę spokojnego życia. W Polsce rządzonej przez komunistów trafił do więzienia. Był dwukrotnie aresztowany, a w 1952 roku skazano go na osiem lat pozbawienia wolności pod zarzutem szpiegostwa. Wyszedł w 1954 roku, wyniszczony zdrowotnie, ale niedługo później uznano go za niesłusznie skazanego. Komunizm nie był metaforą trudnych czasów, lecz systemem, który potrafił zamknąć człowieka, wymazać go z życia publicznego, a potem udawać, że to tylko pomyłka w papierach.

Właśnie tu zdanie o uczciwości przestaje być ładne i staje się twarde.

Bo uczciwość naprawdę bywa nieopłacalna. Czasem kosztuje pieniądze, szanse, spokój, a czasem wykluczenie, proces, samotność, brak miejsca przy stole. Bycie nieuczciwym bywa opłacalne aż do obrzydliwości. Daje szybkie efekty, łatwe kariery, proste drogi na skróty i poklask, który przychodzi bez wysiłku.

Tylko że Bartoszewski mówił o czymś, czego nie da się wpisać do tabelki. O cenie, która nie jest na paragonie. Ta cena przychodzi później.

Przychodzi, kiedy musisz spojrzeć sobie w oczy. Kiedy ktoś ci ufa, a ty wiesz, że na to zaufanie nie zasłużyłeś. Kiedy budujesz coś na skróty i nagle okazuje się, że fundament jest z papieru. Kiedy wygrywasz cudzym kosztem i nawet jeśli nikt cię nie złapie, ty wiesz, że to było tanie, małe zwycięstwo.

Uczciwość działa jak długofalowa inwestycja w siebie. Nie daje natychmiastowej gratyfikacji ani tego słodkiego „wygrałem” tu i teraz. Daje spójność, coś mniej efektownego, a dużo ważniejszego. Cichą zgodę między tym, co mówisz, a tym, co robisz. Niestety spójność jest dziś towarem deficytowym.

Po 1989 roku Bartoszewski nie stał się bohaterem z piedestału. Stał się punktem odniesienia. Wchodził do życia publicznego jako ktoś, komu się ufało, bo przez dekady mówił to samo, niezależnie od tego, kto akurat rządził. Był ambasadorem, ministrem, senatorem. Jego siła nie brała się z funkcji, lecz z konsekwencji.

Z czasem przyszły wyróżnienia. Otrzymał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata za pomoc Żydom w czasie wojny. Uhonorowano go Orderem Orła Białego, najwyższym polskim odznaczeniem. Doceniano go także za granicą, nagrodami przyznawanymi tym, którzy budują mosty zamiast murów. 

Bartoszewski miał prawo mówić to zdanie mocno, bo wiedział, do czego prowadzi świat, w którym ludzie tylko wykonują rozkazy, tylko się dostosowują, robią to, co się opłaca. Nazizm i komunizm różniły się hasłami, ale oba potrafiły zmielić człowieka, gdy ten przestawał być podmiotem, a stawał się narzędziem. Wolność, jeśli nie jest oparta na uczciwości, bardzo szybko zaczyna przypominać tanią wersję tego samego mechanizmu.

Dlatego to zdanie nie jest o tym, żeby być grzecznym ani sprytnym. Jest o tym, żeby nie oddać samego siebie za rabat.

Możesz być uczciwy i czasem stracisz. Możesz być nieuczciwy i czasem zyskasz. Tylko że w dłuższej perspektywie pytanie nie brzmi co mi się opłaciło, lecz kim się stałem, a to jest waluta, której nie da się dodrukować.

Przewijanie do góry