
Panoptikon był pomysłem, który nigdy nie stał się powszechną rzeczywistością, a mimo to na trwałe zmienił sposób myślenia o kontroli. Wymyślony pod koniec XVIII wieku przez Jeremy’ego Benthama, miał być więzieniem idealnym: okrągłą konstrukcją z celami rozmieszczonymi wokół centralnej wieży. W tej wieży ktoś mógł być, choć wcale nie musiał.
Więźniowie nie wiedzieli, czy są obserwowani, ale musieli zakładać, że obserwacja jest możliwa w każdej chwili. To wystarczało. Nie obecność strażnika była tu kluczowa, lecz niepewność, która powoli przenikała do codziennych zachowań. Człowiek zaczynał zachowywać się tak, jakby był widziany zawsze.
Panoptikon nie opierał się na przemocy ani na widocznej karze. Jego siłą była sama możliwość spojrzenia, nawet jeśli nikt realnie nie patrzył. Z czasem to nie strażnik pilnował porządku, lecz więzień, który przejmował kontrolę nad sobą. Odpowiedzialność przesuwała się z systemu na jednostkę.
Co ciekawe, taki budynek w tej idealnej formie właściwie nigdy nie powstał. Nie stał się powszechną architekturą więzień. Ale jako koncepcja przetrwał. Jako sposób myślenia o kontroli okazał się wystarczająco silny, by wyjść poza mury, których w praktyce nawet nie wzniesiono.
Dziś nie potrzebujemy murów, krat ani wież strażniczych. Panoptikon nie ma już adresu ani fundamentów. Nie zajmuje przestrzeni, a mimo to towarzyszy nam niemal bez przerwy. Mieści się w ekranie telefonu, w powiadomieniu, w liczniku reakcji, w algorytmie, który decyduje, co zobaczymy i czy sami zostaniemy zauważeni. Nie trzeba wieży strażniczej, gdy wystarczy świadomość, że ktoś może patrzeć.
Media społecznościowe nie zamykają fizycznie, lecz działają na bardzo podobnej zasadzie. Publikujesz coś, nie wiedząc dokładnie, kto patrzy: znajomi, obcy, przyszli pracodawcy, przypadkowi widzowie, algorytmy, a czasem także przyszłe wersje ciebie samego, które kiedyś wrócą do tego, co dziś napisałeś. Nie wiesz, kto jest w wieży, ale wiesz, że ktoś może tam być, a ta możliwość zaczyna wystarczać.
Z czasem mówisz nie tyle to, co naprawdę myślisz, ile to, co przejdzie. Pokazujesz nie to, co najbardziej prawdziwe, lecz to, co bezpieczne, akceptowalne, mieszczące się w niewidzialnych ramach. Uczysz się rytmu reakcji, tempa uwagi, granic akceptowalności. Algorytm nie musi nic tłumaczyć ani niczego egzekwować wprost. Wystarczy, że raz nagrodzi zasięgiem, a innym razem przemilczy. Resztę dopowiadasz sobie sam.
W historycznym panoptikonie więzień nie miał wyboru. W cyfrowym wchodzimy dobrowolnie. Dzielimy się fragmentami życia, myślami, emocjami, codziennością, oddając je w zamian za widzialność i poczucie istnienia w oczach innych. A gdy już jesteśmy na widoku, zaczynamy pilnować się jeszcze bardziej, bo coś zostało wystawione i nie da się tego cofnąć bez kosztu.
Nie potrzeba cenzury, skoro działa autocenzura. Nie potrzeba strażnika, skoro wystarcza reakcja lub jej brak. Nie potrzeba krat, skoro wystarcza lęk przed wypadnięciem z obiegu.
Panoptikon działa nie dlatego, że ktoś rzeczywiście nas obserwuje, lecz dlatego, że obserwacja jest możliwa i że zaczynamy się z tą możliwością liczyć na każdym kroku. To spojrzenie zostaje w nas nawet wtedy, gdy ekran gaśnie.
Najbardziej przewrotne w tym wszystkim jest jednak to, że drzwi pozostają otwarte. Nie ma zamka, nie ma strażnika z kluczem, nie ma systemu, którego nie dałoby się opuścić. Klucz od początku jest po naszej stronie, choć łatwo o tym zapomnieć, gdy uwaga staje się walutą, a widzialność namiastką sensu.
Ten klucz jest w zdaniu, którego nie publikujemy. W zdjęciu, które zostaje tylko w pamięci. W decyzji, że nie każda myśl musi zostać oceniona, skomentowana i policzona. W świadomym cofnięciu uwagi z miejsca, które żyje wyłącznie z tego, że ją otrzymuje.
W świecie, który handluje spojrzeniami, odmowa bycia widzianym staje się aktem wolności. Cichym, niewidocznym, nienagradzanym, ale realnym. To nie jest więzienie bez wyjścia, raczej przestrzeń, w której łatwo zapomnieć, że wyjście w ogóle istnieje.
A klucz, wbrew pozorom, nigdy nie był po drugiej stronie drzwi.



